Może nie powinniśmy o tym pisać, bo dajemy ludziom na tacy przepis na roślinny odlot?
Prof. Jolanta B. Zawilska: Uważam, że powinnam się tą wiedzą dzielić, również za pośrednictwem mediów. Młodzi o roślinnych dopalaczach doskonale wiedzą, natomiast rodzice, kuratorzy, wychowawcy, często także lekarze, nie mają pojęcia.





Groźne dopalacze, czyli uwaga na boską szałwię




Sławomir Zagórski: Rozmawiamy dziś o tzw. dopalaczach, o których głośno jest od kilku miesięcy. W Polsce najpierw powstała sieć sklepów oferujących różne produkty działające na mózg. Potem podniósł się gwałt, że handluje się tam substancjami szkodliwymi. Przygotowano naprędce ustawę zakazującą sprzedaży wielu z nich i po jej wprowadzeniu w życie w maju br. sprawa ucichła. A jak jest dziś? Dopalacze nie grożą już naszemu zdrowiu?



Prof. Jolanta B. Zawilska*: Ustawa z pewnością coś załatwiła, ale nie łudźmy się, że szkodliwe substancje zniknęły z naszego życia. Obok starych, znanych od dziesięcioleci dopalaczy pojawiły się nowe, może nawet bardziej groźne. Przepisy zakazują wprawdzie handlowania niektórymi z nich, ale to nie znaczy, że są niedostępne. Wystarczy wejść na Google, Allegro, a czasem i do zwykłej aptek


...by kupić, no chyba jednak nie amfetaminę?



- Amfetaminę nie, ale tani preparat, po którym można "odlecieć" nawet na dwie doby tak. Wolałabym mówić dziś nie o amfetaminie, o której szkodliwości wiadomo bardzo wiele, ale o zupełnie nowych wynalazkach sprzedawanych pod hasłem dopalaczy. Mam tu na myśli związki halucynogenne pochodzenia roślinnego o tzw. działaniu enteogenicznym.



Zaraz, zaraz. Co mają wspólnego związki wywołujące halucynacje z dopalaczami? Dopalacz ma nam dodać sił, sprawić, że błyskawicznie się czegoś nauczymy przed egzaminem, a nie odpływać w obce światy.



- To zależy, jak pan definiuje dopalacze. Te klasyczne rzeczywiście miały nam wyłącznie dawać "kopa". Ale dzięki m.in. sklepom z dopalaczami coraz większą karierę robią roślinne związki wywołujące halucynacje....



...o tym dziwnym działaniu enteogenicznym?



- Przepraszam za trudne słowo. Chodzi tu o związki wykorzystywane do celów religijnych lub przez szamanów. Enteogen to coś, co daje uczucie boskiej siły i boskich wizji.


Ejże? Szamani i boskie wizje w Polsce Anno Domini 2009?


- Też mi się to wydało dziwne. Pełna egzotyka - pomyślałam. Do czasu kiedy spytałam moich studentów, czy wiedzą co to jest boska szałwia. Okazało się, że owszem. Coś tam próbowali, a przynajmniej słyszeli, że koledzy brali. A kiedy zajrzałam do internetu i sprawdziłam zawartość polskich stron...


Nie mam pojęcia, czym jest ta szałwia.


- Nie jest pan odosobniony. Nikt z mojej rady wydziału też o niej nie słyszał. Neurobiologowie z Instytutu Nenckiego PAN w Warszawie też nie, za to młodzież świetnie wszystko wie.


Proszę więc mnie oświecić.


- Jeden z gatunków szałwii zwany po łacinie Salvia divinorum jest źródłem substancji - salwinoryny A. Salwinoryna A to najsilniejsza naturalna substancja halucynogenna znana do tej pory nauce. Działa 400 razy silniej od słynnej meskaliny. Ustępuje wyłącznie LSD, ale ten związek syntetyzuje się w laboratorium.



I w Polsce rośnie ta szałwia?


- Nie, naturalnie występuje ona w Meksyku, ale u nas można ją nabyć przez internet. Cena 15-cm roślinki to 40 zł.


Może nie powinniśmy o tym pisać, bo dajemy ludziom na tacy przepis na roślinny odlot?


- O tym już pan i pana redakcja zdecyduje. Uważam, że powinnam się tą wiedzą dzielić, również za pośrednictwem mediów. Powtarzam: młodzi o salwinorynie doskonale wiedzą, natomiast rodzice, kuratorzy, wychowawcy, często także lekarze - nie mają pojęcia. Jeśli młody człowiek będzie chciał eksperymentować z boską szałwią, zrobi to też bez naszego artykułu. Nie pomoże tu żaden przepis ani szlaban. Może natomiast kogoś ostrzeżemy, nie tylko z grona opiekunów, ale także potencjalnych użytkowników.


Dlaczego szałwia jest więc tak groźna?


- Bo halucynacje po jej zażyciu są bardzo silne i cały eksperyment może się nawet tragicznie skończyć. Działanie zależy naturalnie od dawki. Niewielka porcja może powodować wyluzowanie, większa - halucynacje wzrokowe (często dostrzega się jasność docierającą z otchłani, powtarzającym się motywem są także oczy obserwujące nas lub czuwające nad nami), uczucie opuszczenia własnego ciała i dryfowania w surrealistycznym świecie (może temu towarzyszyć lęk, wręcz przerażenie, że do tego rzeczywistego świata nigdy już nie wrócę), omamy takie jak w psychozach. Jeszcze większa dawka powoduje utratę świadomości, przejściową utratę pamięci, zaburzenie równowagi, zdarzają się upadki, urazy głowy. Charakterystycznym objawem są też dreszcze, zlewne poty, śmiech nie do opanowania (podobnie jak przy marihuanie), czasem nudności, wymioty.


Mało to wszystko zabawne...


- A mimo to ludzie są skłonni zapłacić taką cenę za doznanie. "Dzięki Lady SD (to jedna z wielu ksywek Salvii divinorum ) byłem w stanie przejść do tak głębokiego stanu medytacji, do którego, jak przypuszczam, mnisi dochodzą latami" - pisze jeden z internautów. "Poczułem się jak istota nadprzyrodzona, niemająca ograniczeń. Poczułem, że odkryłem swoją religię. (...). Byłem ponad religią, ponad wszystkim".



To akurat nie brzmi szczególnie groźnie.


- Młody człowiek może ulec następującej pokusie: masz pojąć ważną decyzję i nie wiesz, co zrobić? Nie masz w sobie odwagi, by stawić czoła szarej, ponurej rzeczywistości? Boska szałwia wskaże ci drogę. Problem jednak w tym, że ta "dobra podróż" po salwinorynie może nagle zmienić się w "złą". Wizje na skutek niewielkiego impulsu zewnątrz (np. ktoś wejdzie do pokoju, zapali światło, zmieni płytę CD z muzyką, dotknie nas) mogą zamiast przyjemności wywołać przerażenie, myśli samobójcze, napad agresji. Przekonanie, że potrafimy swobodnie pokonywać każdą przestrzeń, chodzić po każdej powierzchni, jednoczyć się ze wszechświatem, w zderzeniu z rzeczywistością może dać tragiczne skutki. Znane są przypadki zabójstw, albowiem boska szałwia z łatwością przemienia dr. Jekylla w Mr Hyde'a. Na tej zasadzie młody człowiek po zażyciu szałwii zdjął ze ściany pistolet ojca i zabił kolegę.



Ustawa z maja zakazała handlu boską szałwią w sklepach z dopalaczami.


- Ale od czego jest internet?


Jakie inne roślinne dopalacze są groźne pani zdaniem?


- Wino duszy, czyli tzw. ayahuasca. Jego domem jest znów Meksyk oraz Ameryka Południowa. Przez wieki Indianie z doliny Amazonii stosowali je do celów religijnych i leczniczych. Wino duszy tradycyjnie piło się zawsze we dwójkę - pełniący funkcję przewodnika i objaśniający wizje szaman (curandelo) plus osoba, która chciała być leczona lub zobaczyć swoją przyszłość.


Po wypiciu "ayahuasca" początkowo chce się wymiotować, ale efekt ten mija i potem ma się najrozmaitsze wizje. Często są to obrazy zwierząt: staję się tygrysem, lwem, jaguarem, wężem (gorzej, jeśli widzę pająki wielkości jaguara).



I co? Znów na Allegro po liście z Meksyku?


- Niekoniecznie. W internecie można bez trudu odszukać przepisy na domowe wersje "ayahuasca" z wykorzystaniem lokalnych roślin. W USA grupy religijne łączące chrześcijaństwo z elementami wierzeń pierwotnych ludów Ameryki Płd. - np. Santo Daime - walczą o prawo legalnego wykorzystywania "ayahuasca" do obrzędów religijnych. W 2001 r. Santo Daime uznano jako religię w Holandii. Dlatego jeśli ktoś z Polski chce dziś integrować się z bóstwami Indian, wcale nie musi udawać się w dorzecze Amazonki. Wystarczy lot do Amsterdamu i 300/400 euro na osobę, by wziąć udział w seansie z winem duszy.


Skoro takie wino pito w Ameryce przez wieki, to w końcu nam też tak bardzo nie zaszkodzi.


- Nie ma pan racji. Przez lata ludzie używali różnych roślinnych dopalaczy, ale robili to w sposób kontrolowany. Szaman nie mógł przedawkować boskiej szałwii czy wina duszy, bo sam całkowicie by odpłynął. On to robił w celach zawodowych, w ramach - że tak powiem - swojej pracy. A dziś to się wymknęło spod kontroli. Młodzi ludzie sięgają po te substancje w celach rekreacyjnych, często chodzi im o maksymalny odlot, stąd duże dawki, specjalne wzmocnione ekstrakty. Indianie żujący liście koki to zupełnie co innego niż kokainowy crack!


Ale ludzie pewnie pocieszają się, że w boskiej szałwii i winie duszy tkwią jakkolwiek by było substancje naturalne? A skoro naturalne, to nie powinny nam szczególnie zaszkodzić.



- Tak, to bardzo częsty argument. Zapominamy, że natura stwarza różne trucizny. W końcu amanityna w muchomorze sromotnikowym to najprawdziwsza substancja naturalna. A jednak nikomu jej nie polecam.


Zdaje się, że w Polsce nie brakuje też halucynogennych nasion?


- Owszem. Wystarczy rozgryźć kilka takich nasionek, by odpłynąć na cztery-osiem godzin. Widzi się wtedy plastry miodu, labirynty, szachownice, tunele, witraże. Przedawkowanie może prowadzić do bardzo intensywnych omamów, spadku ciśnienia krwi, zwolnienia akcji serca, bezsenności, nasilenia wcześniejszych bądź utajonych zaburzeń psychicznych.



Znów się obawiam, że podpowiadamy małolatom, co zrobić, by za nieduże pieniądze odpłynąć.


- Jest pan naiwny. Oni to świetnie wiedzą. Wymieniają uwagi przez internet, opisują, kto miał lepszy odjazd i dzięki czemu. Zresztą małolaty nie gryzą nasionek. Halucynacje po boskiej szałwii czy winie duszy to duchowe doznania "z wyższej półki". Jak się jest małolatem i chce się mieć odlot, to się idzie do apteki i kupuje tzw. narkotkę, czyli preparat do irygacji pochwy. Po jednej saszetce można nie spać dwie doby. Potem co prawda małolat przez trzy dni przysypia, ale jak widać nie budzi to czujności ani rodziców, ani nauczycieli, bo saszetki do irygacji pochwy sprzedają się w Polsce coraz lepiej...


I kupuje się to bez recepty?


- Nie ma problemu.


No to może nasz tekst na coś się jednak przyda?



- Mam taką nadzieję. Może np. farmaceuci po przeczytaniu go zwrócą uwagę, czy wzrasta sprzedaż preparatu do irygacji lub aviomarinu wśród młodzieży. Może rodzice zaczną się niepokoić nietypowym zachowaniem swoich dzieci, może zauważą, że bez widocznego dla nich powodu wodzą nieprzytomnym wzrokiem i "chodzą po ścianach". To, że młody człowiek siedzi w domu i nie imprezuje, wcale nie oznacza, że nie dzieje się z nim nic złego.


Skąd w ludziach taka chęć do odlatywania?


- Często sama się temu dziwię. Młodzi zawsze eksperymentowali i będą eksperymentować. Ale dlaczego tylu z nas nie wystarczają podniety płynące z przyrody, sportów, filmu, sztuki, no w końcu nawet i alkoholu, i bezmyślnie sięgają po wyrafinowaną chemię? Chemia często się mści i bywa, że z jej pozornie pięknych podróży nie ma już powrotu.


Ludzie pocieszają się, że szałwia, nasiona czy "ayahuasca" nie uzależniają. Pamiętajmy jednak, że prawdziwego ich niebezpieczeństwa jeszcze nie znamy. Wiadomo tylko, że młody, bardzo jeszcze plastyczny mózg zalewany jest związkami, z którymi w ogóle nie powinien się zetknąć. Jak będzie pracował ten sam mózg w wieku 60-70 lat, po licznych eksperymentach z roślinnymi dopalaczami za młodu? Na to pytanie nikt nie jest w stanie dziś odpowiedzieć.



*prof. Jolanta B. Zawilska jest farmakologiem. Pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi i w łódzkim Instytucie Biologii Medycznej PAN. Od niedawna jest też członkiem Komitetu Neurobiologii Polskiej Akademii Nauk.